login: hasło:

Absolwenci Wydziału Prawa 1969

Wrocław z drugiej połowy lat sześćdziesiątych

Mój "Marzec 1968"

Mój "Marzec 1968" trwał cały rok: od 12 czerwca 1967 r. (dzień zakończenia "Wojny 6-cio dniowej" na Bliskim Wschodzie), do 12 czerwca 1968 r – dzień, w którym przybyłem do Izraela.

Mój "Marzec 1968" trwał cały rok: od 12 czerwca 1967 r. (dzień zakończenia "Wojny 6-cio dniowej" na Bliskim Wschodzie), do 12 czerwca 1968 r – dzień, w którym przybyłem do Izraela. Przez większą część tego okresu nie wiedziałem, że tak się on zakończy, czyli moim wyjazdem z Polski do Izraela, bo ostateczna decyzja o wyjeździe zapadła gdzieś w końcu kwietnia-początku maja 1968 r. Przedstawię tu mój "Marzec 1968" w kilku epizodach, w których wystąpią w rolach głównych również niektórzy z Was. 

Dlaczego wyjechałem?

Nie wyjechałem bo szukałem lepszego, wygodniejszego i dostatniejszego życia, jak się niekiedy twierdzi o emigrantach z tych lat.  Jechałem przecież praktycznie w nieznane. Nie miałem pojęcia o Izraelu, nie znałem języka, warunków życia, a ukończonymi w Polsce 5  semestrami prawa nie mogłem tam nikomu zaimponować. Pomimo tego nie skorzystałem z propozycji, która pojawiła się na transparencie podczas jednej ze „spontanicznych” demonstracji robotników przeciwko „wrogim elementom i wichrzycielom”, który nawoływał: „Syjoniści do Syjamu”. Wybrałem inny azjatycki kraj.

Wyjechałem z dwóch głównych przyczyn. Ta pierwsza, może mniej ważna, aczkolwiek bardziej bolesna, to presja duchowa w jakiej się znalazłem. Nagle z dnia na dzień stałem się nielojalnym obywatelem Polski, wręcz wrogiem narodu. Codziennie prasa, radio i telewizja przypominały mi o tym. I ta ponura, brunatna  fala wzbierała się i potężniała z dnia na dzień. A przecież nie zaczęło się to w marcu 1968 r. Początek był o kilka dobrych miesięcy wcześniej, po 6-cio dniowej wojnie na Bliskim Wschodzie w czerwcu 1967 r. Prawdą jest, że przyjąłem błyskotliwe i niezwykłe w historii wojen zwycięstwo Izraela w wojnie na trzy (sic!!) fronty nie tylko z radością, ale i to przede wszystkim - z ulgą. I to bynajmniej nie z powodu podwójnej lojalności. Po prostu jestem członkiem narodu, który jest uczulony na zagrożenie eksterminacją.  Władze ówczesnej Polski widziały to inaczej.

Tą wielomiesięczną kampanię, pełną antysemickiego jadu, zapożyczonego wprost z nazistowskiego tygodnika „Der Stürmer” Juliusa Streichera i fałszywki carskiej Ochrany -„Protokoły Mędrców Syjonu”, odczuwałem jako skierowaną przeciwko i godzącą we mnie osobiście, chociaż nie zostałem publicznie ogłoszony w prasie, jak moja matka,  „syjonistycznym wrogiem narodu polskiego i Polski”. W apogeum kampanii, osiągniętym w marcu 1968, stała się ona trudna do zniesienia, chociaż reakcja większości polskiego społeczeństwa łagodziła nieco ból i rozczarowanie.

Może to dlatego presja duchowa nie była tym ultymatywnym czynnikiem, który przekonał mnie, że nie ma dla mnie miejsca w Polsce. To co ostatecznie pchnęło nas do wyjazdu z Polski to fakt, że jej władze pozbawiły moją rodzinę środków do życia. Moja rodzina liczyła wówczas pięć osób. Troje z nich pracowało (matka jako księgowa, starszy brat jako mechanik i siostra jako kreślarka), a ojciec, stary, przedwojenny jeszcze komunista otrzymywał rentę partyjną. Moją matkę oraz brata i siostrę zwolniono z pracy ponieważ na wiecu zwołanym w „Fadromie”, gdzie cała trójka pracowała, „nie zganili agresji Izraela na miłujące pokój kraje arabskie”. Ojcu groziło w każdej chwili wykluczenie z partii i odebranie emerytury, bo nie ukrywał swojej krytyki wobec „linii partyjnej”. Ja, piąty członek rodziny, nie pracowałem i nie zarabiałem. Nie miałem też żadnej pewności, że pozwoli mi się ukończyć studia.

Tak więc kombinacja między naładowaną antysemityzmem atmosferą nienawiści i delegitymizacji oraz realną perspektywą zapadnięcia w nędzę, była tym ostatecznym bodźcem do wyjazdu z Polski z przeświadczeniem, że już nigdy do niej nie powrócę.

 

Dlaczego się nie pożegnałem?   

Tak naprawdę to nie wiedziałem co Wam mogę powiedzieć. Nie za bardzo też wiedziałem komu z Was mam się zwierzać z mojej decyzji. Byliście zresztą zajęci letnią sesją egzaminacyjną, wieńczącą trzeci rok studiów. Jednakże mimo wszystko nie obeszło się bez pewnego rodzaju skromnego pożegnania.

Przypadek zrządził, że wracając z kolejnej tury "obiegówki" czyli zbierania podpisów w różnego rodzaju instytucjach - poświadczających, że nie jesteśmy nic im dłużni lub zobowiązani (warunek otrzymania pozwolenia na wyjazd), spotkałem na Świdnickiej koło „Pedetu” Józka Birkę i Romka Wtorka. Byli oni chyba po zdaniu jakiegoś egzaminu, bo im coś „szklano” dzwoniło w torbie. Opowiedziałem co robię i dlaczego. Wkrótce znalazłem się w ich pokoju w akademiku na Komuny Paryskiej. Szkło wydobyto i zawartość spożyto. W ramach tego obiecałem im, że napiszę do nich z Izraela. Wróciłem do domu radosny, bo szumiało mi trochę w głowie od alkoholu, lecz również coś ściskało mi serce i chyba zakręciła mi się jakaś łza w oczach. Obietnicę napisania do nich spełniłem. Lecz po dwóch czy trzech kolejkach korespondencja się urwała. Józek i Romek przestali pisać. Domyśliłem się że nie mogą, bo takie czasy.

Epilog.  Po wielu, wielu latach odwiedziłem Józka Birkę w jego dyrektorskim gabinecie w Polsacie. Przypomniałem mu naszą krótką korespondencję i nawet pokazałem mu dwa listy od niego, które się u mnie jakimś cudem uchowały. Józek potwierdził mi, że pewnego dnia wezwał go jakiś pan o smutnej twarzy i poradził mu przerwać kontakt z Syjonem o ile pragnie skończyć studia. Zakładam, że i Romek odbył podobną rozmowę. 

 

Profesor Karol Jonca

Wśród tych wyżej wspomnianych podpisów i zaświadczeń, że nie jestem dłużny, był wymagany również podpis prodziekana Wydziału Prawa. Był nim wówczas profesor Karol Jonca. Pewnego przedpołudnia stawiłem się więc w jego gabinecie i przedstawiłem moją prośbę i jej przyczyny. Jonca spojrzał na mnie i powiedział: „Podpiszę to Panu oczywiście, ale zanim to zrobię chcę się Pana o coś zapytać.” Zgodziłem się. I taka była nasza rozmowa:

Jonca: Czy Pan  chce wyjechać?
Ja: Nie, nie chcę, ale muszę.
Jonca: Dlaczego Pan musi?
Ja: Bo rodzice wyjeżdżają.
Jonca: A czy rodzice chcą wyjeżdżać?
Ja: Nie, nie chcą, ale muszą, ponieważ zwolnili ich z pracy i zostaliśmy się bez środków do życia.

Tu Jonca zamilkł na chwilę, po czym powiedział: „Jest mi niezmiernie przykro, że w takich okolicznościach mój student zmuszony jest przerwać studia i opuścić Polskę. Wstydzę się. Mam tylko do Pana jedną prośbę, niech Pan pamięta, że nie wszyscy Polacy  popierają to co się obecnie dzieje.  Z całego serca i naprawdę szczerze życzę Panu powodzenia.” Uścisnął mi rękę, a ja dogłębnie wzruszony opuściłem gabinet.

 

Epilog.  Po wielu, wielu latach, w roku 1996, podczas jednej z moich służbowych wizyt w Polsce, Stasiu Hoc, z którym znów, tyle że na moment, spotkałem się przy tej okazji (o moim pierwszym spotkaniu ze Staszkiem piszę osobno), przekazał mi małą żółtą broszurkę i rzucił: „Przeczytaj, tam pisze o tobie”.  Była to broszurka p.t „Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego 1945-1995”. Głównym rozdziałem tej broszurki jest opracowanie profesora Karola Joncy „Słowo w 50. rocznicę Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego”. Na stronie 43 broszurki zauważyłem moje nazwisko. Cytuję fragment:

„Przemówienie I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki, wygłoszone 19 marca 1968 r. na spotkaniu ze stołecznym aktywem partyjnym, zawierało silne akcenty antysemickie i antyizraelskie. Ich echem, podsycanym przez wrocławskie instancje patryjne, były również nastroje antyżydowskie we Wrocławiu. Wśród studentów, którzy z powodu tych nastrojów opuścili Polskę, był student III roku prawa, Stanisław Szpetny.” (podkreślenie moje).

Prawdopodobnie moje spotkanie z profesorem Karolem Joncą, było wydarzeniem, które utrwaliło się głęboko nie tylko w mojej pamięci, ale także w pamięci Profesora i było dla niego również na tyle ważnym, że uznał za stosowne napisać o nim po upływie ponad ćwierć wieku w opracowaniu poświęconym 50-tej  rocznicy powstania Wydziału Prawa na Uniwersytecie Wrocławskim.  A z mojej strony, spotkanie to było jednym z nielicznych jasnych punktów w tym ponurym okresie.  Dane mi było spotkać CZŁOWIEKA

 

Mój wkład w studencki protest

Do dzisiaj nie bardzo wiem co mną powodowało, że zrobiłem to co zrobiłem. Była to prawdopodobnie kombinacja frustracji, gniewu i głupoty. Nie wiem który z tych czynników był decydujący, z dzisiejszej perspektywy - to chyba głupota. Pomimo tego - do dzisiaj jestem trochę z siebie dumny. Ale ad rem. Pierwszy wiec protestacyjno-solidarnościowy studentów Uniwersytetu Wrocławskiego w Auli Leopoldina. Na wiecu uchwalono rezolucję z żądaniami studentów, którą trzeba było jakoś rozpowszechnić. Romek Sobczak i ja, działacze harcerscy, mieliśmy dostęp do powielacza w siedzibie Komendy Hufca ZHP Stare Miasto. Matrycę wydrukowano na maszynie do pisania w akademiku na Komuny Paryskiej. Romek i ja z matrycą i duszą na ramieniu udaliśmy się na ulicę Rzeźniczą. Wykręciliśmy tym powielaczem, podobnym nieco do wyrzymaczki, jakieś 200 stron, gdy nagle ktoś zaczął mocno pukać do drzwi. W panice spaliliśmy matrycę, weknęliśmy do jakiejś dziury te 200 egzemplarzy wydrukowanej rezolucji i otworzyliśmy drzwi. Strach i panika okazały się zbędne. To nie było SB ani milicja, lecz jakaś zabłąkana harcerka, która zauważyła światło w komendzie hufca i chciała się o coś zapytać. Nazajutrz rozkolportowano te nasze rezolucje po Wrocławiu, a Romek i ja tylko otarliśmy się jedynie o odpowiedni artykuł z "mkk" czyli Dekretu z dnia 13 czerwca 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa.

Epilog.  We wrześniu 2010 byłem po raz kolejny we Wrocławiu, tym razem z okazji zjazdu mojej klasy maturalnej w 45 rocznicę zdania matury. W programie zjazdu było między innymi zwiedzanie Muzeum Historycznego w dawnym zamku królewskim przy Kazimierza Wielkiego. W ostatniej chyba  sali umieszczono ekspozycję poświęconą wydarzeniom marcowym 1968 r. we Wrocławiu. W jednej z gablot zauważyłem coś znajomego - cieniutka prawie przezroczysta kartka z wydrukowaną na powielaczu rezolucją studentów Uniwersytetu Wrocławskiego. Weszliśmy z Romkiem do historii miasta, tyle że incognito.

 

Jak wznowiłem kontakt

Pierwszy wznowiony kontakt z Wami był natury raczej wirtualnej i do tego jednostronny. Było to podczas mojej pierwszej, od 1968 roku, wizyty w Polsce w listopadzie 1991. Przyjechałem do Polski w ramach delegacji służbowej. Wieczorem, po rozmowach, włączyłem w moim pokoju hotelowym telewizor. Trafiłem na wiadomości. Rzecz była o aferze Art B Bagsika i Gąsiorowskiego. Reporter telewizyjny prosi o informacje o toczącym się dochodzeniu zastępcę szefa prokurtury wojewódzkiej w Warszawie. I kogo moje oczy widzą - mojego kolegę z grupy Jurka Zientka, który swoim barwnym śląskim akcentem odpowiada na pytania.

Minęło kilka lat, ja w dalszym ciągu pracuję tam gdzie pracuję. Do naszej firmy ma przyjechać wysokiego szczebla delegacja z Polski. Ponieważ firma chciała by nasi goście czuli się jak najlepiej, zaagażowano mnie, jako władającego językiem polskim, bym sprawował funkcję opiekuna i tłumacza, pomimo że pracowałem w innym pionie. Ze względu na zasady tajności, miałem występować pod przybranym imieniem i nazwiskiem. Przyjeżdża delegacja, szef służby, dwóch  zastępców i jeszcze dwóch szefów wydziału. W sali konferencyjnej nasza strona przedstawia się, ja również, następnie strona polska. Nagle jeden z członków polskiej delegacji, zastępca szefa, pułkownik profesor Stanisław Hoc zwraca się do mnie:

On: Czy jest pan z Wrocławia?
Ja:  Tak.
On: A uczył się pan prawa na Uniwersytecie Wrocławskim?
Ja (niespokojnie): Tak.
On. No to uczyliśmy się razem? Ma pan na imię Staszek, prawda?
Ja (w niemałym szoku): No, tak.

I w ten sposób, całą moją tajną przykrywkę wraz z ksywą szlag trafił. Bo ja Stasia nie rozpoznałem, a on mnie tak. Dopiero po jakiejś chwili i po natężonym drążeniu w pamięci, skojarzyłem sobie Stasia ze studiów. Był wtedy mniej korpulentny. W każdym razie ten pocieszny incydent wszedł na jakiś czas do folkloru naszej firmy. A Stasiu i ja wykorzystywaliśmy każdy moment wolny od oficjalnych rozmów do plotkowania o wszystkim i wszystkich. Przy jego pomocy odnowiłem kontakt z moim wspólnikiem w działalności wywrotowej, Romkiem Sobczakiem i zainaugurowałem uczestnictwo w naszych zjazdach w roku 2004 we Wrocławiu.

Epilog.  Nie ma - akcja się jeszcze toczy.

Staszek Shpetner

5 czerwca 2014

Więcej z działu "Wrocław z drugiej połowy lat sześćdziesiątych"...

  1. Marzec 1968
  2. Młody i wysoki
  3. Ponieważ już marzec, to wspomnijmy Marzec 68.
  4. Mój "Marzec 1968"
  5. Nasz Wrocław lat sześćdziesiątych

Copyright © 2014 | Łukasz Parysek & Absolwenci Wydziału Prawa 1969